11 kosmetyków bez których nie mogę żyć

Dzisiaj mam cholernie leniwy dzień i ciężko mi się za cokolwiek zabrać. To przez tą pogodę. Zachmurzone i chyba zaraz lunie. Wbrew pozorom tego mojego dzisiejszego lenistwa, przygotowałam dla Was notkę, zrobiłam sałatkę, ogarnęłam dom – więc chyba nie jest tak źle ze mną. W dzisiejszym wpisie chce Wam przedstawić 11 kosmetyków/przyrządów kosmetycznych bez których bym nie mogła żyć. Są to totalne hity dla mnie i chyba nigdy z nich nie zrezygnuję, no chyba, że wymyślą coś nowego i lepszego 🙂

DSC_0079

11 kosmetyków bez których nie mogę żyć

1.Dezodorant pod pachy z Garniera (250ml -ok.13zł)

DSC_0088

Po prostu go uwielbiam! Próbowałam wiele dezodorantów pod pachy, uwierzcie. Większość z nich zostawiała mi białe ślady na ciele i ubraniach. Nawet jeśli pisało, że do białego, czarnego, koloru na opakowaniu. Kupuję zawsze 250ml starcza mi zawsze na około miesiąc, latem więcej używam, wiadomo. Teraz wprowadzili nowy zapach, jestem w nim zakochana totalnie! Polecam całą serię, miałam również kolor fioletowy oraz niebieski. Zmieniam by mi nie zbrzydły. Jednak różowy jest moim faworytem. Dezodorant nie zawiera alkoholu, nie podrażnia skóry, przyjemnie chłodzi.

2.Krem do rąk i ciała Indigo (100ml-20zł, 300ml-35zł)

DSC_0089

Te kremy poznałam dzięki mojej kosmetyczce u której niegdyś robiłam paznokcie. Używam ich już od około roku. Najpierw kupowałam małe buteleczki 100ml tym razem zaszalałam i kupiłam również 300ml gdyż moje ciało wręcz pochłania te balsamy. Mały stosuję do rąk, wrzucam do torebki i bez niego się nigdzie nie ruszam – serio. Duży stoi w domu pod ręką. Zapachy mają boskie. Każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Mega kolejnym plusem jest to, że są naprawdę wydajne. 100ml starczyło mi na około pół roku – poważnie! Gdzie „częstowałam” zawsze wszystkich na około. To było na początku, teraz tak się uzależniłam, że z 2,3 miesiące i już go nie ma. Znajdziecie je na: https://www.indigo-nails.com/pl,produkty-spa.html

3.Maska do dłoni i stóp z parafiną (125ml – ok.10zł)

DSC_0094

Kolejnym hitem w mojej szafce jest maska z parafiną do dłoni i stóp. Stosuje ją jako krem do rąk, na łokcie, stopy. Zmiękcza i pachnie cudownie. Producent zaleca, owinąć posmarowane stopy i dłonie w ciepły ręcznik jednak ja prędzej chowam stopki pod ciepły kocyk. Latem na twarde stopy idealny a zimą na suche ręce. Do nabycia w Avonie. Starcza mi na dosyć sporo, coś koło pół roku. Nie stosuję codziennie.

4. Podkład Rimmel Stay Matte (30ml – ok. 23zł)

DSC_0100

Bogu dzięki za ten podkład! Używam go od około 4 lat. Mega dobrze kryje, nie jest ciężki, rozprowadza się bardzo fajnie – jak krem. Trzyma się długo na twarzy, około 12-14h spokojnie. Wystarcza mi na około półtora miesiąca – maluję się codziennie. Jest stosunkowo tani jak na podkład. Czasami można go dorwać na promocji w Rossmannie nawet za ok. 17zł. Nigdy go nie zmienię!

5.Preparat na pryszcze (15ml – ok. 13zł)

DSC_0104

Kolejne cudeńko. Punktowy preparat na pryszcze o natychmiastowym działaniu z 2% kwasem salicylowym. Działa w około 3h. Zasusza mi ładnie całego pryszcza. Zazwyczaj stosuję wieczorem, przed położeniem się spać. Albo po prostu od rana, gdyż aktualnie siedzę w domu. Polecam mieć pod ręką w nagłych przypadkach! Do nabycia w Avonie. Na promocji 13zł, cena stacjonarna to chyba około 16-17zł.

6.Baza pod cienie do powiek (ok. 13zł)

DSC_0105

Niezastąpiona przy makijażu u mnie. Z racji tego, że maluję sobie kreskę na powiece, powoduje, że się nie rozmazuje NIGDY. Chyba, że jest naprawdę mega gorąco, delikatnie odbija się na powiece. Polecam bardzo. Starcza na około 2 miesiące, nie nakłada się tego dużo. Do nabycia w Avonie.

7. Kredka do oka z Avonu (ok.10zł)

DSC_0112

Cudownie współpracuje z wyżej wymienioną bazą do powiek. Nie rozmazuje się. Wystarcza mi na około miesiąc, maluję się codziennie. Używam od 4 lat i nie zamierzam zmienić tej kredki choć chciałam nie raz, gdy nie miałam jak zamówić w katalogu. Tania i najlepsza opcja z jakichkolwiek kredek!

8. Maskara Rimmel Wonder’full (ok. 40zł)

DSC_0114

To najlepsza maskara jaką kiedykolwiek miałam! Kupiłam ją pierwszy raz rok temu na wyprzedaży -40% w Naturze. I od tej pory tak czaje na promocje na nią, bo 40zł to dla mnie dosyć sporo choć jest warta tej ceny! Nie skleja rzęs, fajnie wydłuża. Moje rzęsy są bardzo krótkie i totalnie się nie podkręcają. Mi bardzo podpadła do gustu i jest ze mną do dnia dzisiejszego. Wystarcza mi na około 2 miesiące codziennego stosowania.

9. Szczotka do włosów Tangle Teezer (ok. 50zł)

DSC_0110

Ta szczotka jest niezastąpiona. Najlepsze prezent gwiazdkowy jaki dostałam od mojej przyjaciółki. Dziękuje Ci kochana, odmieniłaś moje życie! Czaiłam się na nią i czaiłam ale zawsze mi było szkoda kasy. Nie oszukujmy się, 50zł to nie jest mało wywalić na samą szczotkę do włosów. Ale na prezent to już co innego. Szczotka jest cudowna. Rozczesuje włosy bez problemu. Mam długie i proste włosy, miałam problem z ich rozczesaniem gdyż zawsze mi się plątały a zwykłe szczotki wyrywały mi pół włosów. Mieści się do torebki, nawet małej! Polecam.

10.Serum na suche i zniszczone końcówki (30ml – ok. 13zł)

DSC_0120

Na moje długie i suche włosy to zbawienie! Wspomaga rozczesywanie + moja ekstra szczotka. Końcówki nie są takie suche, ładnie pachną. Nie stosuję codziennie, zamiennie z odżywką do włosów. Wystarcza na około 2-3 miesiące. Zależy od stosowania. Do nabycia w Avonie.

11. Płyn micelarny GARNIER (400ml -ok.23zł)

307791

Najlepszy płyn micelarny na świecie. Nie podrażnia mnie, zmywa makijaż bezproblemowo, mega wydajny! Ostatnio z ciekawości kupiłam inny, głównie ze względu na cenę, bo za taką samą pojemność z Lirene dałam 10zł, wszystko okej, ładnie pachnie ale delikatnie szczypie mnie w oczy. Muszę go wykończyć i wracam do mojego Garniera!

A jakie są wasze kosmetyki bez których nie wyobrażacie sobie życia? 🙂

Mannheim – piękne widoki.. i znowu trochę o mnie.

Wiem, że trochę Was przez te pierwsze posty znudziłam, może niektórych nawet zniechęciłam. Chciałam jednak przedstawić Wam cząstkę mojego życia, co się u mnie działo i jak doszło do tego gdzie jestem tu gdzie jestem. Może zrobiłam to trochę w mega nudny sposób ale mam nadzieje, że mi wybaczycie.

TERAZ

Przetrwałam w związku na odległość 9 miesięcy. Jestem już w naszym mieszkanku w Niemczech razem z ukochanym. We wrześniu (jak wszystko dobrze pójdzie (MUSI)) zaczynam szkołę języka niemieckiego, gdyż nie umiem totalnie nic.

Nasz wspólny interesik prowadzi teraz sama mama, już za tym tęsknie. Mam jednak pewnie plany by trochę ten biznes przenieść do Niemiec ale to jeszcze na to czas.

MÓJ DZIEŃ

Moje dni są teraz cholernie nudne, może dlatego brakuje mi mojego kochanego sklepu (serio ciężko mi było go zostawić). Ograniczam się do wyjazdu na rower, sprzątania, ćwiczeń (dobra raz ćwiczyłam), gotowania no i teraz bloga. Szczerze długo się już za to zabierałam ale jakoś nie miałam nigdy odwagi, nie wiedziałam w sumie co miałabym tu pisać. Może stąd te 3 takie nudne posty o mnie i trochę smęcenia.

Dzisiaj aktywny dzień od rana. O 9 rano zaliczyłam już przejażdżkę rowerową no i mam dla Was kilka fotek z mojej okolicy. Nie oddają one autentycznego uroku tego miejsca, nie czuć tej przestrzeni i nie daje to takiego samego efektu. Polecam po prostu odwiedzić to miejsce jeśli jesteście w okolicy. Mannheim – Seckenheim.

Po rowerku obowiązkowo kawusia. Dzień bez kawy dla mnie to dzień stracony 🙂

DSC02144

Biorę udział w konkursie w Kąciku u Wandy, zapraszam Was serdecznie – mega atrakcyjne nagrody! 🙂

Gorące buziaki 🙂

Własny biznes.

Własna firma. Własny interes. Własny biznes. Nieważne jak to nazwiemy. Byłyśmy nakręcone mega pozytywnie. Miał być to sklep odzieżowy, głównie z racji tego, że trzeba mieć niewielki wkład by coś takiego otworzyć. Nie to co gastronomia, solarium, fryzjer, warzywniak itd. Nie potrzebne były żadne sanepidy ani normy, w których musimy się zmieścić. Pierwszym krokiem był lokal. Na początku szukałyśmy poza naszym miasteczkiem, liczącym ok. 10 tys. Mieszkańców. Społeczność polska jest dosyć dziwna ze względu na to, że nikt nie chce kupować u „swoich”. Jak otworzy się w takiej mieścinie sklep, którego właściciel jest np. z Wrocławia ludzie lecą a gdy otworzy go ktoś kto mieszka również w danym mieście ludzie nie chcą dać mu zarobić, bo go znają, bo coś tam do kogoś mają, zawsze jakieś ale. To chore. Wiem. Takim tokiem szukałyśmy poza granicami naszego miasteczka. Znalazłyśmy dosyć fajny lokal, około 50m kwadratowych. Byłyśmy już w sumie zdecydowane. Oddalony 20km od nas więc w sumie nie tak daleko, choć jakby dojeżdżać codziennie robi się dodatkowy koszt i to dosyć spory. Dodam, że nie otwierałyśmy tego sklepu z jakimś rozmachem, wszystko po kosztach totalnie. Mama miała odłożone kilka tysięcy i na tym bazowałyśmy w sumie. Tak czy siak gdy pojechałyśmy podpisywać umowę i ją zobaczyć okazało sobie, że właścicielka w umowie zawarła In blanco. Świadczyć za sklep całym swoim majątkiem? O nie. To była trochę przesada. Babka była potem chamska więc zrezygnowałyśmy. Byłyśmy trochę dobite, bo nakręciłyśmy się na ten lokal w sumie, choć był dosyć duży jak na nasze początkowe fundusze. Nie miałyśmy nic innego na oku w sumie. Za tamten lokal miałyśmy płacić 1400zł miesięcznie + opłaty. Dosyć sporo. Z braku laku chodziłyśmy po naszym mieście i czegoś szukałyśmy i wpadł nam w oko jeden lokal, mniejszy. 25m kwadratowych ale ładny, nowy wyremontowany. Już wiedziałyśmy, że go weźmiemy jeszcze do tego cena czynszu połowa z tamtego, odeszły nam koszty dojazdów – super! Takim sposobem zostałyśmy w naszym mieście. Tak musiało być. Wszystko nam sprzyjało. Więc nic nie zmieniałyśmy. I tak jest do tej pory.

Alle Farben – Please Tell Rosie

 

Światełko w tunelu.

Okej, skończyłam na tym, że postanowiliśmy wyjechać za granicę. Jednak nie było tak wszystko pięknie ładnie jak nam się wydawało. Mieliśmy przed oczami wizję, że po prostu się pakujemy i razem jedziemy do pracy. Mieliśmy świadomość, że nie znamy języka ale powiedzieliśmy sobie, że damy rade – razem. Plany jednak się zmieniły a wręcz obróciły o 180 stopni. Mój chłopak dostał propozycję nie do odrzucenia. Ojciec załatwił mu pracę i szkołę jednocześnie. Dostał możliwość uczenia się języka i pracowania. Super co nie? Ale nie dla mnie. Oznaczało to naszą rozłąkę. Na ten okres, czyli 9 miesięcy Mój facet miał mieszkać u ojca i się uczyć a ja co? Wrócić do rodzinnego miasteczka – dziury. Najpierw byłam załamana jak to usłyszałam. Totalnie. Nigdy nie wyobrażałam sobie związku na odległość a tym bardziej powrotu do domu i miasteczka bez przyszłości. Jednak wiedziałam, że to jest szansa dla Nas, że jeśli to przetrwamy to przetrwamy już wszystko. Zaczęłam sobie tłumaczyć, że zleci bardzo szybko, że pójdę gdzieś do pracy, gdziekolwiek i coś sobie odłożę skoro będę mieszkała z rodzicami. Wysyłałam i roznosiłam CV gdzie tylko była jakaś propozycja, po miesiącu się poddałam. Wszystko standardowo poszło po znajomości, a że ja takowych nie posiadałam to finalnie nie dostałam się nigdzie. Dodam, że moja mama też nie pracowała. Siedziałyśmy we dwie w domu i szlag jasny nas trafiał, bo nie miałyśmy co ze sobą zrobić. Niektórzy myślą, że siedzenie w domu jest super, ma się czas na wszystko itd. Zapewniam Was, że tak nie jest! Jest fajnie przez krótki okres czasu. Potem człowiek nie ma co ze sobą zrobić, po co wstawać, po co się ubierać, po co wychodzić. I tak to się kręci. Nie ma się pieniędzy, nie można się nigdzie ruszyć. Brak pracy to najgorsze przekleństwo ludzkości. Tak czy siak przede mną było jeszcze 8 długich miesięcy czekania, bez kasy, bez niczego. Nie wyobrażałam sobie tego. Jakby tego było mało mój facet siedział za granicą, znajomych zbytnio nie miałam. Tylko od zawsze jedną przyjaciółkę i nikogo więcej. Więc siedzenie w domu totalne się zapowiadało, ciągnący się czas itd. Postanowiłyśmy z mamą, że musimy coś z tym zrobić, że tak nie może być. Po długich rozmowach, debatach, wahaniach postanowiłyśmy, że otworzymy własny interes. To było jedyne rozwiązanie aby ruszyć na przód.

(Prze) życie w Polsce.

Życie w Polsce. Już samo to zdanie brzmi śmiesznie. Bardziej realne byłoby napisanie: Przeżycie w Polsce. Jestem młodą osobą, mam 22 lata. Od 2 lat pracuję. Pochodzę z małego miasteczka pod Wrocławiem, znaleźć pracę było mi tu trudno więc logiczne dla mnie było wyjechanie za pracą. Myślę sobie – Wrocław duże miasto, duże możliwości, dużo ofert pracy no i ogólnie rzecz biorąc będę miała tam lepiej. Na pewno będę miała tam lepiej. Dodam, że nie pochodzę z jakiegoś bogatego domu, co oznacza, że rodzice nie pomagali mi w sposób finansowy z utrzymaniem się. Wyprowadziłam się. Do chłopaka, który mieszkał właśnie w wielkim mieście Wrocław więc z mieszkaniem nie miałam problemu. Byłam po szkole średniej, bez zawodu, bez niczego. Na studia też się nie wybierałam, bo po co? To już odrębny temat. W każdym bądź razie zaczęłam szukać pracy. Wiadomo, na pierwszy strzał poszły Galerie, bo tam, nie oszukujmy się, najłatwiej o pracę od zaraz, a potrzebowałam kasy. No i tak oto trafiłam do pierwszej pracy w sieciówce w Pasażu Grunwaldzkim. Popracowałam tam dosłownie 3 tygodnie. Praca po 12 godzin, 2 dni z rzędu, więc generalnie przez 2 dni nie wiedziałam jak się nazywam. Wychodziłam z domu około 8 (godzina dojazdu) a wracałam o 22. Potem nagle dzień wolnego, odsypianie, zakupy, sprzątanie i znowu praca. Generalnie zero życia. Robiłam po to by mieć z czego żyć, z czego opłacić rachunki, jeść. Na rękę miałam coś koło 6zł/h więc w zasadzie nie starczałoby mi nawet na same opłaty, gdyby nie mój facet. Po tych 3 tygodniach kiedy usłyszałam, że mam iść do pracy w Wigilię, nie wytrzymałam i zrezygnowałam. Wypłaty dostałam koło 700zł więc zbytnio nie wiedziałam co mam z tą kasą zrobić więc po świętach zabrałam się ostro za szukanie kolejnej pracy. Znowu wylądowałam w Pasażu Grunwaldzkim z braku laku. Miałam do wyboru ubezpieczenia, siedzenie na telefonie i naciąganie ludzi, na drugim końcu miasta lub sieciówkę w połowie tej drogi. Ta praca wydawała się atrakcyjniejsza. Powiedziałam sobie, że do takim samych warunków ani gorszych niż w mojej pierwszej pracy nie wrócę. Na początku zapowiadało się lepiej. Praca zmianowa po 8h, super! Nie to co wcześniej 12h. 2 zmiany – na rano i popołudnie. Myślę sobie, ekstra, chociaż będę miała czas dla siebie i na jakieś życie. Pierwszy miesiąc pracy – byłam bardzo zadowolona. Miałam same drugie zmiany ale tłumaczono mi, że po prostu jeszcze sama nie otworzę sklepu i dlatego. Mijał kolejny miesiąc a ja dalej ciągle drugie zmiany. Jak 4 razy w miesiącu miałam na 1 zmianę, cieszyłam się. Kierowniczka ustalała grafik tak, że ona była codziennie rano + miała wolne weekendy. My pracowałyśmy każdy weekend praktycznie i każde popołudnia. Wiadomo 2 dni w tygodniu wolnego. Potem zaczęłyśmy się denerwować, kierowniczka miała takie same godziny pracy co my i miało być po równo. Nie było. Nadeszło apogeum tego traktowania i masowo się zwolniłyśmy. Dodam, że naszą kierowniczką była typowa blondynka z przypadku. Nie widziała w swoim zachowaniu nic dziwnego. W tym salonie przepracowałam 3 miesiące. No i wypadałoby znowu czegoś zacząć szukać. Tym razem postawiłam na mniejszą galerię – 10min drogi autem, 20min – autobusem – ekstra! Też odzieżówka ale prywatna. Tutaj sprawa wyglądała całkiem inaczej. Lepiej. O 3 nieba lepiej. Grafik ustalałyśmy między sobą, atmosfera mega przyjemna. Weekend wolny chociaż jeden w miesiącu lub jakiś pojedynczy dzień. Wypłata też lepsza. Dodatkowo procent od sprzedaży. Ogólnie wszystko cud miód malina. Ale zaczęliśmy się z chłopakiem zastanawiać, czy takie coś nas w ogóle bawi? Takie życie żeby przeżyć. Nie zostawało nam nic by odłożyć. Cała kasa nasza wspólna to były opłaty, jedzenie, paliwo. Morze mogliśmy sobie pooglądać tylko na necie, nie wspominam nawet o za granicy. Takie życie zaczęło nie mieć dla Nas sensu totalnie. Nic dla siebie, nic do przodu. Podjęliśmy decyzje, że wyjedziemy za granicę. Po długich debatach odnośnie kraju, wybraliśmy Niemcy. Z różnych względów. Po 1 mój chłopak ma tam tatę, który siedzi już tam i pracuje ok. 20lat. Po 2 socjalne. Po 3 a może i najważniejsze – totalnie inna mentalność ludzi.  Tam nikt nikomu nie zazdrości, nie robi na złość, nie obgaduje – wiecie dlaczego? Bo nikomu tam niczego nie brakuje. Może gdyby u Nas w Polsce ludzie byliby inni lepiej by się pracowało i żyło? W jakimś małym stopniu na pewno gdyż zarobki pozostają niezmienne. Reasumując życie w Polsce to nie jest życie. Nie mówię tu o ludziach, którzy mają bogatych rodziców i znajomości, bo to zupełnie inna bajka. Mowa tu o zwykłych szarych ludziach, którzy zaczynają dorosłe życie choć może i już w nim są od lat.